środa, 3 maja 2017

W ostatnim odcinku - angielski lifestyle, tłuste żarcie i pralnia

Oto pierwszy czysto lifestylowy post na blogu. Taki life-update.
Mam tremę jak przed konkursem recytatorskim w podstawówce.

To może bez zbędnych ceregieli, co?




Co u mnie?

To jest bardzo śmieszne pytanie, bo wszystkim naszym znajomym, a już w szczególności naszym mamom wydaje się, że ja się tutaj straszecznie nudzę. Że skoro Bartek wychodzi na cały dzień do pracy, to ja pewnie usycham z tęsknoty i dla pocieszenia godzinami oglądam zdjęcia kotów w internecie.

A tak naprawdę robię dokładnie to samo, co robiłam przez ostatnie cztery miesiące we Wrocławiu ;) Jedyna zmiana to taka, że pracuję nie przy swoim biurku, a przy stole - w hotelu lub kawiarni.

Zdjęcie: Daria Rosiecka - Vademecum Stylu, za uprzejmością DOMAR Galeria Wnętrz

Zawsze marzyłam o pracy, która będzie mogła przenieść się ze mną do dowolnego miejsca na ziemi - i wiesz co? Wydaje się, że się udało. Jeszcze pół roku temu, pracując na etacie, nie mogłabym pozwolić sobie na spakowanie torby i przeniesienie życia na jakiś czas za granicę. Nawet nie masz pojęcia, jak się teraz cieszę, że to wszystko tak się potoczyło!

Jeśli natomiast chodzi o nasz pobyt tutaj, to wszystko sprowadza się do dwóch słów: SLOW LIFE. Dużo spacerów, długich rozmów, obiadów w knajpie i wieczornych sesji jogi. Wieczory zwykle spędzamy w hotelu, grając na konsoli, oglądając serial albo czytając książki. No dobra, czasem idziemy do baru ;) Ale wszystko bez stresu, bez pośpiechu. To zupełnie inny styl życia, niż ten, który prowadzimy we Wrocławiu. I całkiem mi się podoba!



Co zaskoczyło mnie w Anglii?

Przenosząc się do innego państwa trzeba być przygotowanym, że będzie trochę... Inaczej ;) I mimo, że to nie jest mój pierwszy dłuższy pobyt w Anglii, to jednak dałam się zaskoczyć kilku sprawom.

Ruch lewostronny.

Nie że sama jego obecność, ale trudności z nim związane. To, że kobiety mają problem z prawo-lewo, wiadomo nie od dziś. No to teraz sobie wyobraź, że nagle lądujesz w miejscu, gdzie wszystko jest odwrotnie. To znaczy - ręce nadal masz po tych samych stronach, ale cały ruch odbywa się dokładnie w drugą stronę. Wiesz, co się dzieje?

Włazisz w ludzi na chodniku, bo oni idą lewą stroną, która jednocześnie jest Twoją prawą stroną, a przecież od dziecka mijałaś ludzi prawą stroną. Idąc, to jeszcze nie taki wielki problem - zauważasz, że biedak odbija na lewo i czasem zdążysz się zreflektować i minąć go swoją lewą. Gorzej, kiedy biegniesz.

Oczywiście schody ruchome też jadą w drugą stronę.




Przechodzenie przez ulicę zawsze wiąże się ze strachem, bo naprawdę, zabij mnie, wciąż nie wiem, z której strony ten durny samochód będzie jechał. Z prawej, czy może jednak z lewej? Duża ilość jednokierunkowych dróg też w tym temacie nie pomaga. 

A w ogóle, to z przejściami jest śmieszna historia. Tu nikt nie maluje pasów na drodze, a jedyną informacją, że to jest przejście są... obniżenia na krawężnikach. Ja nie wiem, jak kierowcy to zauważają. Wiem za to jedno - żaden skurczybyk Cię nie przepuści - tak mu się tą lewą stroną spieszy. I nawet na pasach nie omieszka Cię strąbić.

Jedzenie

Dobra, teraz będzie poważnie. Oni mają najgorsze żarcie pod słońcem. Do tej pory udało nam się zjeść najpodlejszą chińszczyznę w historii, pitę z kebabem, która składała się z kawałeczka pity, mięsa i majonezu (tak, tak, ani kawałka warzywa), bardzo przeciętną pizzę i jakieś trzy kilogramy frytek, bo one podawane są tutaj do wszystkiego. Do tego w każdej brytyjskiej knajpie śmierdzi rybą, więc czegokolwiek byś nie jadł i tak jesz rybę.



A co, jeśli chcesz zjeść coś zdrowego? Masz dwa wyjścia - albo oddać nerkę za obiad w porządnej restauracji z zagranicznym jedzeniem, albo poprosić sałatkę w fastfoodzie (przygotuj się na podejrzliwe spojrzenia obsługi). Tylko nie zdziw się, jak dostaniesz trochę poszatkowanej sałaty, dwa plasterki ogórka i jeden pomidora :)

Ej, ja nie twierdzę, że ryba z frytkami jest zła. Wręcz przeciwnie - jest pyszna! Ale rozsądek (i żołądek) podpowiada, że jednak nie jest to danie, które chcę jeść codziennie.

Żeby nie było, że tylko narzekam! Udało nam się trafić na bardzo dobrą knajpę z pieczonym mięskiem (4 rodzaje do wyboru), w której nakładają Ci po plasterku albo dwóch pieczeni, które wybierzesz, i do tego możesz wrzucić tyle warzyw, ile tylko udźwignie Twój talerz. To sieciówka, która nazywa się Toby Carvery - jak będziesz mieć okazję, koniecznie ją odwiedź!

Ciekawe linki

Najlepsze zdjęcie z Instagrama


Jak widać, Wam też podoba się ta oldschoolowa pralnia! ;)

Ostatnio na blogu


Ważna sprawa

Słuchajcie, potrzebuję nazwy do tego lifestylowego cyklu. Mam totalną pustkę w głowie. Miałam nie publikować tego wpisu do czasu, aż coś wymyślę, ale fuck that - może Wy mi pomożecie? :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...